Dodane dnia: 05.10.2016

Wywiad: Agnieszka Lis

Wywiad dla Agencji Runa zgodziła się udzielić pisarka Agnieszka Lis. Pochodzi z Koszalina, lecz mieszka na obrzeżach Warszawy. Z wykształcenia jest pianistką i dziennikarką. Przez wiele lat praca w korporacji, potem nauczyciel muzyki. W swoim dorobku ma już kilka powieści z gatunku literatury współczesnej, obyczajowej. I ciągle pisze, a Agencja zaprasza też na fanpage Autorki...

Agencja Runa: Z czytelnictwem różnie jest, więc jak to u Pani wygląda? Czym są dla Pani książki? I co Pani podoba się w książkach?
Agnieszka Lis:
Czytanie jest jak przeżywanie dodatkowych żyć. Nic nie może się z tym równać.
Dokładnie takim argumentem przekonywałam mojego syna do czytania. Teraz jest zajadłym dziesięcioletnim czytelnikiem, jednak mam wrażenie, że zadziałał po prostu przykład, a nie słowa… Bo ja czytam dużo. Bardzo dużo. I nie wyobrażam sobie życia bez czytania.

Agencja Runa: Nadal nie odbiegam od tematu czytelnictwa. W czym pomaga, według Pani, czytanie różnych powieści? I czy warto czytać jakiekolwiek książki?
Agnieszka Lis:
Pani Patrycjo, Pani żartuje, prawda?

Agencja Runa: Może teraz coś o Pani książkach. Czy są jakieś przesłania w Pani powieściach, którymi chciałaby Pani dotrzeć do swoich czytelników?
Agnieszka Lis:
Oczywiście, chociaż przesłania to takie delikatne i ulotne byty, o których ciężko się dyskutuje.
Przede wszystkim dla mnie jest istotne, i to chciałabym także przekazać moim Czytelnikom – że życie jest różnorodne i w tym tkwi jego bogactwo. W tym, że jesteśmy bardzo różni i postrzegamy świat w zróżnicowany sposób.
Druga istotna dla mnie rzecz, także bardzo uniwersalna jest taka, że nie warto, nie wolno wręcz się poddawać. Codzienność bywa bardzo ciężka, i doświadcza nas czasami w sposób, który wydaje się ponad siły… i trzeba iść dalej. Walczyć o siebie i o własne marzenia.

Agencja Runa: Czym się Pani kieruje, gdy pisze Pani książkę? I jak to jest z Pani weną podczas pisania?
Agnieszka Lis:
Wena przychodzi do tych wielkich… ja jestem na nią za malutka.
Oczywiście, musi być pomysł. To nieokreślone „coś”, co powoduje, że pojawia się przede mną bohater, scena z jego życia, cokolwiek, co przykuje moja autorską uwagę. Nie potrafię powiedzieć, co sprawia, że to „coś” się pojawia. Niektórzy mówią na to „zaczep” i to jest dobre słowo. Może to jest właśnie ten moment, w którym majaczy cień owej weny? Bo potem to już jest regularna praca. Obmyślanie konspektu. Rozpracowywanie scen. Wyobrażanie sobie bohatera.
A kiedy pomysł zostanie opracowany – siadam do pisania i nie czekam na żadną wenę. Nie stać mnie na nią. Po porannym odwiezieniu dzieci do szkoły i przed moimi lekcjami w szkole, w której pracuję (dla wyjaśnienia – uczę muzyki, więc pracuję popołudniami), mam dla siebie tylko kilka godzin. Czasem dwie, czasem cztery… W tym czasie muszę ogarnąć dom, przygotować jakiś obiad, może zająć się praniem… Ot, takie prozaiczne czynności, które są na tyle perfidne, że nie chcą zrobić się same. Zostaje mi niewiele czasu tak zwanego wolnego, którego nie trawię na poszukiwaniu natchnienia, tylko po prostu siadam i piszę. Kiedy wejdę w rytm pisania powieści, mam swój dzienny limit. Nie za duży, kilka tysięcy znaków, bo większego zwyczajnie nie byłabym w stanie wyrobić. I przestrzegam go. Pilnuję wykonania założonego etapu, bo inaczej strawię życie na zastanawianiu się, którędy przyjedzie wena: przyleci samolotem? Motorem przyjedzie? Rowerem? Jakąś wypasioną bryką (dla mnie może być czerwony kabriolet, marka mniej ważna)? A ona chodzi piechotą (jak wiosna z wiersza dla dzieci ;-)
Pisanie to jest praca. Bardzo przyjemna, spełnienie moich marzeń – ale praca. Wymaga systematyczności i samodyscypliny. To tyle na temat weny ;-)

Agencja Runa:: Czy, według Pani, napisanie jakiejkolwiek książki jest to trudnym zadaniem czy łatwym?
Agnieszka Lis:
Oczywiście, że trudnym! Jak we wszystkim – żeby zrobić coś dobrze, trzeba się napracować. Ćwiczyć warsztat pod każdym względem. Tak i w pisaniu. Porównuję to do grania na fortepianie, którego uczę. Jeśli bardzo zdolne dziecko, które zachwyca swoimi nad wiek dojrzałymi interpretacjami, nie będzie uczyć się i systematycznie ćwiczyć, to będzie w stanie mistrzowsko wykonać kolędy na wigilijnej kolacji u ukochanej cioci.
Sukcesy są zarezerwowane dla tych, którzy nie tylko są utalentowani, ale także regularnie pracują. Dlaczego z pisaniem miałoby być inaczej?

Agencja Runa: Załóżmy, że do Pani pisze debiutant, który napisał w tym gatunku, w którym Pani uwielbia pisać i czytać książki z prośbą o przeczytanie jego tekstu oraz udzielenie paru wskazówek. Co wówczas Pani by od razu doradziła zanim przeczyta Pani tekst?
Agnieszka Lis:
Po pierwsze – dużo czytaj.
Po drugie – wyciągaj wnioski z tego, co przeczytałeś.
Po trzecie – uczęszczaj na różne kursy pisania. Spojrzenie każdego z autorów (prowadzących takie kursy) wnosi coś nowego i świeżego.
Po czwarte – bądź krytyczny i nie daj sobie zrobić wody z mózgu. Cokolwiek usłyszysz – oceniaj. Bierz, co uznasz za najlepsze dla siebie, ale najpierw uważnie wysłuchaj, co inni mają do powiedzenia.
Po piąte - pisz codziennie.
Po szóste, ósme i dziesiąte – pisz codziennie…

Agencja Runa: Jaki jest Pani ulubiony pisarz oraz pisarka? Dlaczego oni?
Agnieszka Lis:
To bardzo trudne i podchwytliwe pytanie. I nie zupełnie potrafię dać jednoznacznej odpowiedzi… Generalnie uważam, że trzeba czytać klasykę. Z jakiegoś powodu tą klasyką się stała.
Poza tym warto śledzić listy nominowanych do różnych nagród. I listy nagrodzonych. Powtórzę się – jakiegoś powody te konkretne książki znalazły się na tych listach. Ja nieustająco wracam do Mistrza i Małgorzaty. Bułhakow jest dla mnie mistrzem i ciągle odkrywam w nim coś nowego. Ostatnio jednak przeczytałam ponownie Chłopów. Czytałam oczywiście tę powieść w tych zamierzchłych czasach, gdy była dla mnie lekturą. Nic z niej nie zrozumiałam. Nobel? A za co? Dopiero teraz, jako już leciwa staruszka (no dobra, może nie taka strasznie stara, ale czasy dinozaurów pamiętam), doceniłam Reymonta. Więc czytajmy klasyków.

Agencja Runa: Woli Pani jednotomowe książki czy wielotomowe? Dlaczego?
Agnieszka Lis:
Jednotomowe. Są bardziej zwarte w konstrukcji. Ale właściwie… Ania z Zielonego Wzgórza była wielotomowa…
Jak się jednak zastanowić, to najlepszy jest tom pierwszy. Potem rozwijane są kolejne wątki, ale żadna z części już nie wciąga tak bardzo, jak ta pierwsza. Pozostanę więc przy pierwszej odpowiedzi – jednotomowe.

Agencja Runa: Od jakich książek zaczęła się Pani przygoda z literaturą i co zapoczątkowało, że zaczęła Pani pisać?
Agnieszka Lis:
Czytałam dużo od dzieciństwa. Nie pamiętam, co było pierwsze. Miałam w czytaniu okresy, z których doskonale pamiętam na przykład uwielbienie dla serii o Panu Samochodziku Nienackiego. Potem nastąpiła fascynacja Indianami Ameryki Północnej (Karol May, oczywiście. Winnetou do dzisiaj jest moim przyjacielem). Potem przeszło na Amerykę południową, Azteków, Inków… dziewczyńska Ania z Zielonego Wzgórza (o dziwo, nigdy nie dołączyłam do klanu Pollyanny), pojawiła się z moim życiu znacznie później.
Pisanie pojawiło się praktycznie w tym samym momencie co sprawne czytanie. Odkryłam któregoś razu, w złości bazgrząc po kartce papieru (nie pamiętam wprawdzie, co mnie wyprowadziło z równowagi, jednak stan musiał być silny), że zapisywanie słów… pomaga.
Kłopot udało mi się okiełznać, emocje wyciszyć. I nawet jakieś rozwiązania problemu kiełkowały w mojej kilkuletniej głowie. Oczywiście, nie potrafiłam tego nazwać w sposób, w jaki opisuję to dzisiaj – niemniej to był tego rodzaju proces.
I zaczęłam pisać systematycznie. Nie pamiętnik, to byłoby nudne – ale właśnie takie krótkie impresje, mające ewidentnie terapeutyczny cel.
Potem pisałam więcej. I więcej. I cały czas pianie krążyło wokół mnie. Aż wreszcie, będąc w ciąży z pierwszym dzieckiem, napisałam powieść. Beznadziejną. Nie nadaje się do czytania. Ale dużo mnie nauczyła i w tym sensie nie była pisaniem (czasem) straconym. Od tego momentu wiem, że pisanie to praca, która wymaga uwagi. Wiedzy i staranności.
Ale wiem też, że można się pisania nauczyć. I chociaż nikt nie zagwarantuje nam ani talentu, ani charyzmy, ani sukcesu – to warto próbować. A już na pewno wtedy, gdy pisanie jest naszym marzeniem jak było w moim przypadku.

Agencja Runa: Czy wybrałaby się Pani do kina, gdyby okazało się, że zekranizowali Pani powieść?
Agnieszka Lis:
Oczywiście! A potem ze strachu zamknęłabym oczy, żeby nic nie widzieć.